Przed wyjazdem do Tunezji słyszeliśmy wiele negatywnych opinii. A mianowicie, że nie ma co tam jechać gdyż nie ma co zwiedzać, że nic się tam nie dzieje, że nic nowego nie zobaczycie… Postanowiliśmy przekonać się o tym na własnej skórze. I bardzo dobrze zrobiliśmy, gdyż po spędzeniu 2 tygodni w tym ładnym i pełnym miłych ludzi kraju, mamy zupełnie inne odczucia. Jest to ciepły, uroczy i mały kraj północnej Afryki. Posiada nie tylko ładne i czyste plaże ale przede wszystkim wiele ciekawych miejsc wart odwiedzenia. Podczas tygodniowego objazdu mieliśmy możliwość poznać Tunezję taką jaka jest, a to za sprawą p. Jacka, naszego przewodnika, nauczyciela kultury tunezyjskiej i przesympatycznego człowieka. Przebywając z nim mogliśmy czuć się naprawdę pewnie. W objeździe brało udział tylko 12 uczestników, więc przemieszczaliśmy się małym aczkolwiek wesołym busikiem. Przez całą naszą podróż towarzyszyła nam Jego świeżo poślubiona tunezyjska żona. Dzięki temu mieliśmy okazję dowiedzieć się naprawdę sporo o zwyczajach zaślubin w kulturze islamskiej i to nie czytając podręcznik, a słuchając opowieści dosłownie sprzed kilku dni
I tak poruszając ciekawe tematy ruszyliśmy w trasę zaczynając na Monastir a kończąc na El-Dżem. Po drodze podziwialiśmy zabytki architektoniczne, obserwowaliśmy ceremonię obrzezania w meczecie Fryzjera, uciekaliśmy przed burzą piaskową i piliśmy pyszne herbatki w otoczeniu Tunezyjczyków próbując zrozumieć co do nas mówią…
Monastir to jedno z bardziej popularnych miejsc zakwaterowania turystów, gdyż są tutaj wspaniałe plaże, ale nie tylko. Miasto to słynie głównie z olbrzymiego mauzoleum Habiba Burghiby, do którego prowadzi bardzo długi plac, symbolizujący jego potęgę. Przyjemnie schować się tu przed palącym słońcem, ale nie tylko. Można popaść w chwilę zadumy nad precyzją wykonania tego marmurowego pomnika. Stąd jest już bardzo blisko do Sousse, gdzie czeka nas spacer starymi medinami i sukami. To tutaj można kupić jakąś pamiątkę po tunezyjskim urlopie począwszy od wyrobów skórzanych, obrazków, rąk Fatimy, która przynosi szczęście po dziwne afrodyzjaki z martwych, suszonych zwierząt… nie wiem nie sprawdzałam:) Jakoś ciężko mi uwierzyć, że suszony mysi ogon może działać na potencję. Jeśli ktoś ma chęć spróbować to zapraszam w boczne, wąskie uliczki handlowe.
Następnie udaliśmy się ku basenom Aghlabidów, Wielkiemu Meczetowi oraz meczetowi Fryzjera. Słynne baseny to nic więcej jak zbiorniki z wodą pitną, w której ciągle jest magazynowana woda. W Wielkim Meczenie niestety można zwiedzać tylko dziedziniec, ale i ten jest bardzo ładny, więc można zaspokoić chociaż troszkę swoją ciekawość. W Meczecie Fryzjera dopisało nam szczęście gdyż byliśmy świadkami wielkiej ceremonii obrzezania chłopców. Mimo płaczu dzieci (tych młodszych) sama ceremonia jest dość wesoła jeśli można tak powiedzieć. Uczestnicy ceremonii przygrywają na różnych instrumentach, śpiewając radośnie brzmiące pieśni. Obdarowują dzieci słodyczami a głównego „bohatera” górą prezentów. Jacek tłumaczył nam, że Tunezyjczycy podchodzą do tej ceremonii tak jak katolicy do pierwszej komunii św. Jest to uroczyste przystąpienie do wielkiej islamskiej rodziny, taki rodzaj inicjacji. Ma to również znaczenia higieniczne, gdyż w gorącym klimacie trudniej o to zadbać. Po zakończeniu bolesnego rytuału rodzina udaje się na uroczysty obiad.
Po drodze do kolejnego punktu programu mieliśmy okazję przekonać się jakiego fajnego mamy przewodnika. Mając troszkę czasu w zapasie, pytaliśmy Jacka czy nie dałoby się zorganizować dodatkowej atrakcji w postaci podróży zabytkowym pociągiem w wąwozie Matlabi. Wiedzieliśmy o takiej możliwości, gdyż przed każdym wyjazdem staram się jak najwięcej dowiedzieć o miejscu, do którego się wybieram. Cała grupa zgodziła się na taki plan zwiedzania i już po 1h siedzieliśmy w pociągu nazywanym „Czerwona Jaszczurka”. Po przejechaniu pierwszych 500m nikt z naszej grupy nie miał nam za złe zmiany planów, a wręcz przeciwnie dopytywali się czy mamy jeszcze jakieś interesujące propozycje
Na wieczór dojechaliśmy do Gafsy, gdzie poznaliśmy smak burzy piaskowej, dosłownie… piach był wszędzie. By nie siedzieć w hotelu wybraliśmy się z naszym przewodnikiem do innego miasteczka by móc dalej poznawać Tunezję. Zaprosił nas do jednej z wielu kawiarni wśród starożytnych łaźni. Popijaliśmy herbatkę, prowadziliśmy ciekawe dyskusje i obserwowaliśmy zwariowane dzieciaki, które skakały z dachów wprost do basenów powstałych po zalanych termach. I tak miło nam zleciało całe popołudnie. Wieczorem czekała nas kolejna niespodzianka atmosferyczna… burza ale tym razem jak najbardziej europejska
Podobno nie padało tu od 13 lat, więc była to prawdziwa atrakcja głównie dla mieszkańców.
Następny dzień powitał nas piękną pogodą. Ruszyliśmy w kierunku oaz Chebiki i Tamerzy. Aby tam dojechać zdecydowaliśmy się na dodatkową przejażdżkę przez piachy pustyni przepychając się przez wydmy. Dla tych mniej rządnych wrażeń istnieje możliwość wyboru drogi asfaltowej. By ujrzeć zagubione oazy wśród piachów pustyni trzeba przecisnąć się przez skały. Jeśli ktoś ma ochotę to może wykąpać się w ich wodach. Ja nie omieszkałam spróbować. Jaka miła chwila ochłody na środku pustkowia. Co prawda dzieci, które straszyły mnie dziwnymi robalami ( podobno wyłowionymi z tej oazy) próbowały zepsuć mi zabawę, ale nie ze mną takie numery. Na końcu tego wędrownego szlaku jest niespodzianka dla zbieraczy minerałów. A, że mój małżonek do nich należy to spędziliśmy tam chwilkę (czyt. Ponad 1h). Naturalnie wróciliśmy z Tunezji z 30kg róży pustyni, bo właśnie ten minerał stąd pochodzi. Musieliśmy ładnie się uśmiechać podczas kontroli na lotnisku
No ale wróćmy do naszej wycieczki.
Po obcowaniu z naturą czekała nas wycieczka do biało niebieskiego miasteczka Sidi Bou Said, gdzie poczułam się jak w innym świecie. Malutkie domku z niebieskimi okiennicami i drzwiami, wąskie uliczki, mnóstwo mini straganów i widok na morze. Idealne miejsce by złapać chwilę oddechu, napić się miętowej herbatki w towarzystwie uśmiechniętych Tunezyjczyków. Można wejść do takiego domu i poczuć na własnej skórze ten niepowtarzalny, bajkowy klimat. Tuż nieopodal znajdują się ruiny Kartaginy, które również widzieliśmy. Jak to bywa w takich miejscach musi zadziałać wyobraźnia by zobaczyć oczyma duszy ten dawny świat. Jest to bardzo miły rodzaj obcowania z historią. Osobiście o wiele szczegółów historycznych zapamiętałam odwiedzając choćby ruiny Kartaginy niż podczas kilku lekcji w szkole.
Następnie czekało na nas muzeum w Bordo by uporządkować zdobytą wiedzę.
By odprężyć się troszeczkę wybraliśmy się na plantację daktyli, gdzie brzuchy o mało co nam nie pękły od tych przysmaków. Do tego „wódka” daktylówka na trawienie (okropna swoją drogą) i dziwna fajka, którą paliliśmy. Do dziś nie wiem co to właściwie było. Ale nic złego się po tym nie przydarzyło, więc przyjęłam do wiadomości iż było to zdrowe… po spacerach w gajach palmowych, odwiedzinach w zabawnym muzeum ziemi ( dla rodzi z dziećmi) czekała nas droga powrotna podczas, której mieliśmy wariacki postój na pustyni, gdzie między innymi można było się ścigać piaskowymi gokartami , polatać balonem czy wybrać się na wielbłądzią karawanę. Na nasz ostatni nocleg podczas naszego objazdu zatrzymaliśmy się w bardzo małym hoteliku u zbocza wydm. Dookoła tylko piach i jedna wioska „niby” niedostępna dla turystów. Żadnych sklepów, barów, pubów i innych atrakcji turystycznych. Pokoik był bardzo skromny, ale to wcale nie przeszkadzało, bo zamiast siedzieć w 4 ścianach wybraliśmy się do „zakazanej” wioski z rozkrzyczanymi dziećmi, które śmiały się do rozpuku ganiając za starymi kołami. Próbowaliśmy z nimi rozmawiać w języku angielskim, ale oprócz podstawowych zwrotów niestety nic więcej nie rozumieli. Ale nie przeszkadzało to w zrobieniu pamiątkowych zdjęć i szukaniu czegoś w piachu. A dlaczego „zakazana” wioska? Nie wiem. Obsługa hotelowa zabraniała turystom tam chodzić, bo to niby niebezpieczne. Dziwne, bo to bardzo mili ludzie. A dzieciaki, które zbyt blisko podeszły do terenów hotelu od razu były kijami przeganiane. Chore!!
Podróż powrotna była długa, ale bardzo interesująca gdyż spora jej część odbywała się na tafli wyschniętego słonego jeziora Szott El- Dżerid. Cudownie błyszcząca biała tafla soli. Nie polecam wchodzenia Nawe z mini zranieniami do powstałych tam sadzawek… piecze i to jeszcze jak
No ale umrzeć się od tego na pewno nie umrze. Ostatnim punktem naszej wycieczki było bardzo dobrze zachowane Koloseum El- Dżem. To podobno tutaj kręcili sceny do „Gladiatora”. Widok przy zachodzącym słońcu był niesamowity, choćby dlatego, że o tej porze nie było już tłumów turystów i mogliśmy w spokoju zaglądnąć do każdej dostępnej dziury. Nasz objazd zakończył się w porcie El- Kantaoui gdzie miło spędziliśmy kilka dni urlopu w towarzystwie znajomych. A co można tutaj robić? Przede wszystkim wypoczywać na szerokich, piaszczystych plażach z łagodnymi zejściami do morza. O zmroku można spacerować w porcie i obserwować jak toczy się życie na ekskluzywnych jachtach jakie tam cumują. Proponuję wypłynięcie w rejs katamaranem z przeszklonym dnem by obserwować ryby. A dla miłośników wędkowania też coś się znajdzie. Po wieczornym targowaniu się przy jednej z łódek udało nam się dobić handlu i już z samego rana machałam mężowi stojąc na nabrzeżu i życząc połamania kija
Po 6h bujania na falach wrócił z zadowoloną miną i rybkami w skrzyneczce. W Polsce raczej ciężko złowić tuńczyka czy czerwonego leszcza… tu jest to możliwe
By zjeść coś smacznego i innego niż kuchnia hotelowa polecam „zgubić się” w jednej z wąskich uliczek. Tam kryją się prawdziwe przysmaki z pikantną pastą harissa na czele po dziwną zupę z surowym jajkiem łącznie
Restauracje w porcie kuszą jedynie ładnym wystrojem… Po wieczornym posiłku można odprężyć się słuchając muzyki klasycznej, do której odbywa się pokaz wodnych tańców. A podziwiać ten spektakl można w centrum portu przy dużej fontannie.
Jeśli zapragnę kiedyś poleżeć na plaży za przystępne pieniądze to z pewnością tu wrócę!! Pobyt w Tunezji utwierdził mnie w przekonaniu by coś ocenić trzeba to zobaczyć samemu.































































